poniedziałek, 14 stycznia 2013

Życie z polskim Lennonem

_____________________________________________________________

źródło: Archiwum prywatne Alicji Klenczon-Corona


W listopadzie ukazała się płyta „Klenczon Legenda”, na której utwory Krzysztofa Klenczona wykonują współcześni polscy muzycy. O życiu i śmierci artysty z jego żoną Alicją Klenczon-Corona – rozmawia Jacek Nizinkiewicz
Wciąż wracasz pamięcią do swojego życia z Krzysztofem...
– Strata męża, i to jeszcze w tak młodym wieku, to największa tragedia. Odkąd nie jesteśmy razem, mija już 31 lat, a czuję, jakby to było wczoraj. Pamiętam, jak się poznaliśmy. Jaki był nieśmiały w stosunku do kobiet, o czym mało kto wie. Pamiętam dzień wypadku. Na wiele lat zamknęłam się w sobie, ale dziś już mogę rozmawiać o wszystkim, co jest związane z Krzysztofem.
Zmarł na skutek wypadku samochodowego w Chicago w 1981 r. Czy okoliczności tej śmierci są dla ciebie jasne?
– To właściwie do dzisiaj nie jest wyjaśnione i nie sądzę, żeby to się stało, choć śledztwo prowadziło i FBI, i CIA. Dzisiaj myślę, że to nie był przypadek. Po wypadku, kiedy Krzysztof jeszcze żył przez 40 dni, mnie pocięto w nowym aucie hamulce. To mogła być zwariowana fanka. Często grożono dziewczynom i żonom członków Czerwonych Gitar.
Czy trudno było sobie ułożyć życie po śmierci Krzysztofa?
– Tak. Zastanawiałam się początkowo, po co mam żyć. Trzymało mnie to, że miałam dwie córki. Nie miałam nawet 31 lat, gdy zostałam wdową. Był bardzo dobrym mężem i ojcem. Uchodziliśmy za jedno z takich nietypowych artystycznych małżeństw.
W związku byliście 15 lat, a ty wciąż kultywujesz jego pamięć. Teraz patronujesz płycie „Klenczon Legenda", na której utwory twojego byłego męża wykonują m.in. Stanisław Soyka, Budyń, Tymon, Muniek Staszczyk, Robert Gawliński, Maciej Balcar, Maciej Maleńczuk, Kasia Kowalska i wielu innych.
Weszłam w to w ciemno. To jest taki hołd oddany Krzysztofowi. Dla mnie jest to ciekawe, bo są nowe aranżacje. Jak usłyszałam pierwszy raz Stanisława Soykę, to zdębiałam. Pomysł był taki, żeby dołączyć oryginalny głos Krzysztofa, właściwie kwestię mówioną w „Historii jednej znajomości", ze względów technicznych to się nie udało. Ale dogranie smyczków i saksofonów to jest coś kapitalnego. Robert Gawliński gra na oryginalnej gitarze Krzysztofa Les Paul z 1968 r. To był prezent od moich rodziców.
Co się stało w Polsce z pamięcią o Krzysztofie Klenczonie?
– W PRL o ludziach, którzy wyjechali z paszportem w jedną stronę, się nie mówiło. To było tabu. Po transformacji w 1989 r. był odzew. Zaczęto wydawać masę, co prawda pirackich, płyt. Przez lata coraz bardziej się to rozwijało. Kompozycje Krzysztofa obroniły się przed patyną czasu.
Dlaczego w 1972 r. opuściliście z Krzysztofem Polskę?
– Mieliśmy dosyć komunizmu. Pamiętam, że kiedy przypłynęliśmy „Batorym", część ludzi myślała, że uciekamy. Byliśmy oboje wychowywani w duchu patriotycznym. Ojciec Krzysztofa, były oficer AK, do 1956 r. ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem. Zawsze chcieliśmy wrócić.
Wciąż mieszkasz w Stanach Zjednoczonych?
– Tak, od 1972 r. Przez ponad 15 lat mieszkałam w Chicago i okolicach. W 1986 r. wyjechałam do Phoenix. Chciałam zapomnieć o tym, co się stało. Cztery lata po wypadku wyszłam ponownie za mąż. Mąż był Polakiem, lekarzem w armii amerykańskiej. Chciałam zmienić otoczenie. Wylądowałam w Arizonie i mieszkam tam do dzisiaj. Przeszłam na wcześniejszą emeryturę i zajmuję się psami.
Odwiedzasz Polskę tylko po to, żeby odkurzać pamięć o Krzysztofie?
– Nie tylko. Kocham ten kraj. Tu się wychowałam, tutaj spędziłam dzieciństwo, zaczęłam studia. Wciąż wracają do mnie wspomnienia. Mało kto wie, ale moja babcia zameldowała w naszym domu w Gdańsku-Oliwie Czesława Wydrzyckiego, późniejszego Niemena. Chłopak nie mógł dostać dowodu osobistego, mieszkał wtedy w jakiejś kotłowni w szkole muzycznej w Gdańsku. Urządzali u nas w kuchni koncerty. Żałuję, że Krzysztof tego nie nagrał. Nawet ja śpiewałam. To są niezapomniane wieczory.
Poznałaś Krzysztofa, kiedy był już znanym muzykiem.
– Znany był głównie dla fanów Niebiesko-Czarnych. Ja wtedy nie wiedziałam, kto to był. Kiedy go spotkałam w styczniu 1965 r., z zespołu Pięciolinie powstał zespół Czerwone Gitary. Nie mieli wtedy co jeść. Jedli cukier. Moja babcia później dożywiała Krzysztofa. Potem poszło już lawinowo. Zespół osiągnął szczyt w bardzo krótkim czasie. Szkoda tylko, że Krzysztof odszedł z zespołu w 1970 r.
Przez konflikt z Sewerynem Krajewskim?
– Nie tyle z Sewerynem, ale z osobami pośrednimi. Chodziło głównie o pieniądze. O liczbę piosenek na płycie Czerwonych Gitar. Poza tym Krzysztofowi nie odpowiadał już ten słodkawy, mdławy styl zespołu. Wydaje mi się, że on był jednak z krwi i kości rockmanem.
Chciał iść do przodu, tak jak The Beatles szli z płyty na płytę?
– Inspirowali go Jimi Hendrix, Janis Joplin, The Rolling Stones. Najbardziej uwielbiał Beatlesów, bo na tym się wychował. Zresztą uważam, że historia Beatlesów i Czerwonych Gitar jest podobna, tylko nie ten system i nie ten kraj.
Jak ty, jako jego żona, znosiłaś ten czas, kiedy on był tak znaną, popularną osobą, kiedy fanki rzucały mu się na szyję?
– Miałam do niego zaufanie. Ale potrafiłam wsiąść w pociąg (studiowałam wtedy stomatologię na AM w Szczecinie) i przyjechać na koncert zupełnie niespodziewanie. Taki nalot. Ja może bym sama tego nawet nie zrobiła, ale babcia powiedziała: „Już macie dziecko, jedź na koncert". No i zjawiałam się w środku nocy...
To była miłość od pierwszego wejrzenia?
– Pierwszy raz zobaczyłam go dzień przed premierą w Non Stopie w Grand Hotelu w Sopocie. Był taki sławny bar szybkiej obsługi – Alga na Monte Cassino przy molo. Weszłam tam, coś zamówiłam, położyłam książki na stoliku. Odwróciłam się i zauważyłam chłopaka o ciemnych włosach. Przystojny, ma jakiś kożuszek na sobie i na mnie patrzy. To był moment. Następnego dnia zadzwonili do mnie znajomi, że jest otwarcie Non Stopu w Grand Hotelu. Nowy zespół występuje – Czerwone Gitary. Na początku nawet nie poznałam Krzysztofa. W pewnym momencie podszedł do mnie facet, nie w moim typie. Miałam taki zwyczaj, że nie tańczyłam z obcymi facetami, ale z tym poszłam. Ten facet mnie nie przytulał, tylko obracał moją twarz w stronę zespołu. Zauważyłam, że na mnie patrzą. Po koncercie podszedł ten właśnie mężczyzna, którym się później okazał Jurek Szaciłło, serdeczny przyjaciel Krzysztofa, i w imieniu zespołu zaprosił mnie na kawę. Dosiadły się jakieś dziewczyny, z czego ja nie byłam specjalnie zadowolona. Wszystkie później zostały żonami chłopców z Czerwonych Gitar.
Z waszego pierwszego spotkania powstała piosenka...
– „Historia jednej znajomości".
A czy myślisz, że Krzysztof odnalazłby się w dzisiejszych czasach?
– Gdyby żył, bylibyśmy dawno już w Polsce. W 1980 r., po koncertach w Polsce z Federacją Jazzową, zaczęliśmy myśleć o powrocie do kraju na stałe. Krzysztof chciał mieszkać sześć miesięcy w Ameryce i sześć w Polsce. Ale mieliśmy dwoje dzieci. Przemówił rozsądek. Myślę, że gdyby Krzysztof żył, zająłby się polityką.
Był taki czas w Stanach Zjednoczonych, że Krzysztof odsunął się od grania?
– Nie, cały czas występował w klubach. To, że miał drugą pracę w wydawnictwie, potem swoją taksówkę, nie znaczyło, iż nie grał, nie komponował. Poza tym płyta „The Show Never Ends" powstała przecież w Stanach. Krzysztof skomponował kilkanaście piosenek. Już po jego śmierci zadzwoniło do mnie kilka znanych wytwórni, że są zainteresowane Krzysztofem. Niestety, było za późno.
A czy czuł się trochę zdegradowany tym, że w Stanach Zjednoczonych musiał wykonywać prace fizyczne, a nie mógł utrzymywać się z grania?
– To ja pracowałam jako sprzątaczka. Krzysztof fizycznie nigdy nie pracował. Przez dwa dni był portierem w hotelu, bo się uparł, że chce dorobić.
Zanim wyjechaliście do USA, Krzysztof próbował swoich sił z nowym zespołem Trzy Korony, z którym wylansował przebój „10 w skali Beauforta". Dlaczego zespół się rozpadł?
– Wziął do współpracy niedoświadczonych muzyków i to był chyba błąd. Kiedy zespół zaczął koncertować, Krzysztof finansował ten projekt ze swoich pieniędzy. Gdybyśmy nie wyjechali, to kontynuowałby granie, prawdopodobnie byłyby zmiany w zespole.
A czy rozmawialiście o tym, że w przyszłości mogłoby dojść do reaktywacji Czerwonych Gitar?
– Tak. W 1980 r. Czerwone Gitary przyjechały do Chicago i poszliśmy z Krzysztofem na koncert. Powitano go ze sceny. Po koncercie zrobiliśmy spotkanie u nas w domu. Podobno w samochodzie doszli z Sewerynem do porozumienia i powstał plan reaktywacji Czerwonych Gitar. Krajewski z Klenczonem byli polskim McCartneyem i Lennonem. Jako Czerwone Gitary mogli jeszcze dużo zrobić.
Czy są nieznane nagrania Krzysztofa Klenczona, które w przyszłości poznamy?
– Tak. Zostały taśmy. Nie miałam czasu, żeby to wszystko zebrać i skatalogować. Zachowały się również zdjęcia i filmy, wymagają rekonstrukcji i oczyszczenia. Moim marzeniem jest, żeby został głos Krzysztofa i dograć do tego aranż. Mam tych pomysłów aż za dużo. Na płycie „Klenczon Legenda" pojawią się jako bonusy trzy piosenki nieznane, domowe nagrania Krzysztofa. Myślę, że będzie to gratka dla jego fanów.•W listopadzie ukaże się płyta „Klenczon Legenda", na której utwory Krzysztofa Klenczona wykonują współcześni polscy muzycy.

____________________________________________________________________________

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza