czwartek, 4 sierpnia 2011

Wywiad z Alicją Klenczon-Corona, rozmawia Wiesław Wilczkowiak

___________________________________________________________________________



Nagranie z koncertu w 1972 roku, tuż przed wyjazdem KK do USA.
Nagranie Bogdana Brzozowskiego, filmik autorstwa Asi Wawrzyńczyk
___________________________________________________________________________

Z Alicją Klenczon-Corona rozmawia Wiesław Wilczkowiak, wiceprezes stowarzyszenia Muzycznego "Chrostopher" im. Krzysztofa Klenczona w Gdyni


Alicjo, czy znałaś Krzysztofa wcześniej - z estrady? Czy podkochiwałaś się w nim skrycie jak inne nastolatki? Jak doszło do Twojego pierwszego spotkania z Krzysztofem?
Dokładnie 15 stycznia 1965 r. w Sopocie w sławnym Grand Hotelu w dniu pierwszego występu w Non Stopie nowo powstałego zespołu Czerwone Gitary. Jak przez mgłę pamiętam, że zanim zagościłam w Non Stopie, odwiedziłam Algę [popularny, już nieistniejący bar szybkiej obsługi - W.W.] i poczułam na sobie czyjeś spojrzenie; odwróciłam się i zobaczyłam ciemnego, przystojnego, nieznanego mi chłopaka w kożuszku, owiniętego kolorowym moherowym szalikiem, niedbale zawieszonym wokół
szyi, który jakby mnie obserwował. Niestety, nie poznałam wtedy, że to był może jeszcze nie tak sławny, ale zawsze Krzysztof Klenczon, którego już znały polskie dziewczyny...


Ale na tym przecież się nie skończyło...
Po skończeniu występu Czerwonych Gitar, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, zjawił się przy naszym stoliku Jurek Szaciłło. Szybko odciągnął mnie od mojego partnera i... przedstawił Krzysztofowi Klenczonowi. Krzysztof był bardzo nieśmiały, ledwo wybąkał zaproszenie w "imieniu całego zespołu Czerwone Gitary" do kawiarni Grand Hotelu. I tak zaczęłam spotykać się z Krzysztofem. Dużo później powstała piosenka "Historia jednej znajomości". Jurek Kossela napisał ją dla Krzysztofa i dla mnie, zresztą słowa były prawdziwe, miałam psa, który nosił gazetę, etc...


Jakim człowiekiem był Krzysztof Klenczon? Krążą legendy, że był zadziorny, ale również romantyczny, szarmancki i lekceważący. Nieśmiały, ale zarazem pewny siebie. Dwie różne osobowości.
Krzysztof był bardzo nieśmiałym chłopakiem, szczególnie w stosunku do dziewcząt; sama tego doświadczyłam na własnej skórze. Na pierwszej randce o mały włos nie runęłam, kiedy spacerowaliśmy po śliskim molu, więc Krzysztof wziął mnie pod rękę... Byłam wkurzona, ale zadowolona jednocześnie, ale on nawet mnie nie pocałował. Odprowadził mnie potem do kolejki elektrycznej (był to ostatni nocny pociąg), ja wsiadłam, a ten wariat w ostatniej chwili wskoczył do wagonu i... odprowadził mnie pod sam dom.


Z czasem poznałaś rodzinę Krzysztofa Klenczona.
Tata Krzysztofa, pan Czesław Klenczon, prowadził w Mikołajkach wytwórnię wód gazowanych, zaopatrującą flotę mazurską w napoje. Mój teść był oficerem AK. Po wojnie w 1945 czy 46 roku został aresztowany przez UB. Trochę siedział, ale miał odpowiadać z wolnej stopy, no i wiedział, co go czeka. Uciekł od rodziny i zaczął się ukrywać pod zmienionym nazwiskiem w Drawsku Pomorskim, aż do 1956 r., kiedy do władzy doszedł Władysław Gomułka. Wtedy wrócił do swojego prawdziwego nazwiska Klenczon. Mój teść był bardzo muzykalny, często śpiewał z Krzysztofem, nauczył Krzyśka m.in. "Polesia czar" - przepiękną piosenkę z Kresów. Dla swojego ukochanego taty Krzysztof skomponował piosenkę "Biały Krzyż", którą zawsze dedykował ojcu oraz wszystkim, którzy walczyli za Polskę niepodległą. Krzysztof, grając w chicagowskich klubach, nie pozwalał ludziom tańczyć ani "Białego Krzyża" ani "Czerwonych maków na Monte Cassino". Po prostu zespół grał, a on nieraz nawet schodził na parkiet i grzecznie prosił tańczących o powrót do stolika.

Czy wasz wyjazd do Ameryki był przemyślaną do końca decyzją? W Polsce Krzysztof rozwijał się muzycznie, miał miliony zagorzałych fanów i nagle musiał wszystko rzucić, zostawić. Zaczynać życie od początku.
Chcieliśmy żyć w wolnym kraju, a nie pod butem komunizmu... Zresztą myśleliśmy też o naszym, wówczas jedynym dziecku Karolinie. Jaką będzie miała przyszłość? Co ją czeka w Polsce?

Z drugiej strony była jego muzyczna kariera.
Krzysztof po odejściu z Czerwonych Gitar założył nowy zespół - Trzy Korony, który rokował sporo nadziei, ale oznaczał dużo pracy z młodymi, niedoświadczonymi członkami zespołu. Pewnego dnia powiedział mi: tutaj w Polsce osiągnąłem już szczyt, nade mną jest już tylko sufit. Chciał spróbować w wolnym kraju, w Ameryce swoich sił. Wiem - mówił - że będzie trudno, ale trzeba zakasać rękawy... i zacząć! Rzeczywiście parę dni po przyjeździe dostał propozycję pracy w zespole muzycznym. Z ochotą ją przyjął i tak zaczęła się jego chicagowska przygoda. Zaczął od polonijnych klubów, potem przeniósł się do amerykańskich.


Wiele lat później to właśnie w Chicago rozegrała się tragedia. Po charytatywnym koncercie w polonijnym klubie Milford doszło do tragicznego w skutkach wypadku samochodowego na ulicach Chicago.
Odzywają się przeokropne wspomnienia, ale spróbuję jakoś odpowiedzieć na to pytanie. Krzysztof występował w klubie Milford, dając wraz z innym znanymi ludźmi estrady charytatywny koncert dla szpitala dziecięcego w Warszawie. Krzysztof od samego początku nie bardzo miał ochotę grać i śpiewać, tym bardziej że był poważnie przeziębiony. Nawet chciał odmówić, ale to koncert charytatywny, więc... zagrał. Po raz ostatni w swoim życiu. Wracaliśmy nad ranem samochodem do domu. Ja prowadziłam. Raptem na jakichś światłach Krzysztof jakby się obudził i zdecydował, że się przesiadamy i on poprowadzi dalej. Obydwoje byliśmy szczupli, zamiana miejsc odbyła się w środku, bez wychodzenia na zewnątrz samochodu. Krzysztof ruszył i może 2-3 minuty później zobaczyłam światła pędzącego na nas samochodu. Huk i dalej nic nie pamiętam. Straciłam przytomność, którą nie wiem po jakim czasie odzyskałam, widząc betonową latarnię przed nami, ludzi coś krzyczących, karetkę pogotowia, straż pożarną... Nie wiem, jakim cudem, ale ja nie miałam żadnych poważniejszych obrażeń. Niestety, Krzysztof nie miał takiego szczęścia i po 40 dniach od wypadku zmarł.

Czy podtrzymujesz przyjaźnie zawarte przez Krzysztofa w Polsce z muzykami z zespołów, w których grał i śpiewał?
Oczywiście, od wielu lat! Myślę też nad utworzeniem muzeum Krzysztofa Klenczona. Do tej pory powstała tylko izba pamięci w Szczytnie. Wiem, że w twoich marzeniach i planach było utworzenie Muzeum Rocka w Gdyni. Życzę zrealizowania tych planów.


Wywiad ukazał się w Dzienniku Bałtyckim 4.07.11
____________________________________________________________________________________



_________________________________________________________________________

4 komentarze:

  1. Denerwują mnie takie wypowiedzi jak ta Alicji Klenczon , że tu był taki szary brzydki komunizm , ale jakoś Krzysztof Klenczon nie pracował w żadnej firmie tylko dał radę utrzymać siebie i rodzinę tylko z muzyki , a jak pojechał do tych Stanów to i na taxi pracował i gdzie indziej jakoś nie dało rady z koncertowania się utrzymać , no pewnie to takie modne jest mówić , nie było wtedy wolność , za to teraz mamy niewolę i pracujemy jak niewolnicy

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowemu pewnie podobało się bardziej żyć w czasach komuny niż teraz. Proponuję wyjazd na Kubę. Albo ma krótką pamięć, albo jest z układu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ameryka ma to do siebie ,że najbardziej ceni...siebie i swoje gwiazdy, a cudzym przebić się nie jest łatwo, Niemen też nie dał rady. Nie wińmy Klenczona, był naszą gwiazdą i tu powinien był świecić. A że z szarości wolał wyskoczyć w nieznany kolorowy świat, tym większa nasza strata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałem uważnie kilka razy, dobra wypowiedź. Myślę, że jesteś znającym życie, dojrzałym człowiekiem, który wie co pisze (potrafi wyciągać trafne, właściwe wnioski).

      Usuń